Nim homo stał się sapiens

W IV w. p.n.e. Arystoteles stwierdził, że „wśród wszystkich istot zwierzęcych człowiek (jest) jedyną posiadającą mowę, podczas gdy głos, organ do wydawania odgłosów zadowolenia i niechęci, jest właściwy także zwierzętom. (…) Zwierzęce wezwania jednak nie dają się ani łączyć w sylaby, ani – jak mowa ludzka – sprowadzać do sylab. (…) Dźwięk nie jest sam przez siebie słowem, lecz staje się nim dopiero, kiedy zostanie użyty przez człowieka jako znak”. Ten pogląd obowiązywał przez ponad 2000 lat.

Projekt NIM

W XIX wieku dogmat o niemożliwej do przezwyciężenia przepaści między człowiekiem a zwierzętami został zaatakowany. Francuski szlachcic Dupont de Nemours wydał nawet dwa słowniki: „wronio-francuski” i „słowiczo-francuski”, uznając, że mowę ptaków da się porównać do ludzkiej. Darwin i jego zwolennicy udowadniali, że ludzka mowa ciała i mimika mają źródła i paralele w królestwie zwierząt, a niemiecki zoolog Ernst Haeckel  postanowił ostatecznie rozprawić się ze starym paradygmatem: „Nieraz i dzisiaj poważani językoznawcy bronią starego dogmatu, jakoby tylko człowiek został obdarzony mową i rozumem. (…). Czas już najwyższy, by to mylne twierdzenie, wynikające z braku wiedzy zoologicznej, w końcu zarzucić”.

W 2011 roku James Marsh zrealizował film dokumentalny opowiadający o eksperymencie badawczym przeprowadzonym w latach siedemdziesiątych w USA, mającym na celu stwierdzenie, czy małpa wychowywana od maleńkości wśród ludzi jest w stanie przyswoić sobie i rozwinąć umiejętność posługiwania się znakami amerykańskiego języka migowego (ASL). Autorem eksperymentu był ambitny psycholog Herbert Terrace z Columbia University. Film relacjonuje w równym stopniu przebieg eksperymentu, jak emocje – pozytywne i negatywne, ambicje – często niestety niezdrowe, i relacje – nie tylko zawodowe – grupy naukowców i trenerów pracujących z szympansem Nim.

Początki były bardzo obiecujące, Nim nauczył się 125 znaków, ale jego postępy nie zadowalały Terrace’a, który liczył na znacznie więcej. Zmieniał trenerów i opiekunów Nima, a kiedy to nie przyniosło spodziewanych efektów, przerwał eksperyment, ku rozczarowaniu zespołu, który uważał, że jest już od krok od sukcesu. Zdaniem Terrace’a, Nim i inne małpy uczestniczące w podobnych eksperymentach opanowywały znaki języka w akcie tresury, nie komunikowały się świadomie, a jedynie powtarzały przynoszące sukces, bo prowadzące do nagrody, zachowania.

Eksperyment zakończył się naukową i finansową klapą. Nim trafił do ośrodka, w którym na zwierzętach testowano leki, potem do przytułku dla zwierząt „po przejściach”. Terrace odwiedził Nima w ośrodku tylko raz i szympans natychmiast rozpoczął z nim „konwersację”. Po jego wyjeździe małpa z powrotem popadła w stan apatii. Do końca swojego smutnego życia Nim potrafił komunikować się z personelem za pomocą opanowanych w trakcie eksperymentu znaków, nauczył się także kilku nowych. Zmarł w wieku 26 lat na atak serca 10 marca 2000 roku.

Na prawie 20 lat zarzucono eksperymenty z małpami i językiem. Dopiero w latach 90. psycholog Sue Savage-Rumbaugh przysposobiła szympansa o imieniu Kanzi, który nie tylko nauczył się znakowego języka yerkish, opracowanego na potrzeby innego, wcześniejszego eksperymentu, ale również wielu słów mówionego języka angielskiego swojej opiekunki – jego bierny zasób słów obejmował co najmniej 150 wyrazów. Posługiwał się znakami, grupował je w sensowne zdania dwu- i trójwyrazowe, by wyrażać swoje myśli. Podsumowując prowadzone w drugiej połowie XX wieku eksperymenty z uczeniem małp języka, Martin Kuckenburg w książce „Pierwsze słowo” napisał: „Nie ma wątpliwości, że ‚mówiące małpy’ po dziesięcioleciu milczenia znowu są z nami – a wraz z nimi także pytanie o sięgające świata zwierząt korzenie struktury naszego umysłu”.

Film „Projekt Nim” dostępny jest w naszej bibliotece. Warto od jego projekcji rozpocząć dyskusję nad tym – pasjonującym nie tylko naukowców – zagadnieniem.

Co Finowie mają w głowie

PISA to skrót nazwy międzynarodowego badania koordynowanego przez OECD. Jego celem jest uzyskanie porównywalnych danych o umiejętnościach uczniów, którzy ukończyli 15. rok życia – w celu poprawy jakości nauczania i organizacji systemów edukacyjnych. Prowadzone są od 2000 roku. W pierwszych edycjach Finlandia zajmowała w nich pierwsze miejsca, w kolejnych latach pozwalała się wyprzedzić tylko Chinom, Singapurowi, Korei i Japonii. Czy tajemnica tego sukcesu kryje się w saunie?

Para_do_zycia„Daj, wychłoszczę ci nogi” – to jedno z pierwszych zdań padających z ust bohaterów filmu „Para do życia”. Starszy mężczyzna myje plecy swojej żonie. Jak zaznacza, już od 51 lat. Znani z małomówności Finowie wypowiadają w filmie zaskakująco dużo kwestii, w dodatku zaskakująco szczerych. O przemocy doświadczanej w dzieciństwie, o stracie córki, o śmierci matki, o traumatyczny wypadku. Nie tylko takich Finów, ale i takich mężczyzn jeszcze nie widzieliśmy. Jak mówi jeden z nich: „Co pozostaje chłopakom? Milczeć i pić. Chłopaki nie płaczą”. Ale w saunie płakać już wypada. Dlatego w obłokach pary płaczą jak bobry. „Czasami dobrze tak porozmawiać” – mówi inny, choć spotkania w saunie bardziej przypominają zwierzenia w konfesjonale niż rozmowę.

Konfesjonał przybiera różne formy, w zależności od czasu, miejsca i okoliczności. Najczęściej to porządne, wyłożone drewnem pomieszczenie. Bywa też przyczepą kempingową, skrzynią zdezelowanego kombajnu, starym saabem lub budką telefoniczną. Byle dało się wtłoczyć odpowiednią ilość ciepła i wytworzyć parę do życia. Finowie potrafią zrobić saunę ze wszystkiego. Nie tylko wypadają rewelacyjnie w testach PISA, ale – jak twierdzi Wolfram Eilenberger, z którego książki zaczerpnąłem tytuł swojego tekstu – uważają zakup nowego auta za dowód, że jego właściciel nie potrafi utrzymać w dobrym stanie swojego dotychczasowego samochodu, a zatem prowadzi niespokojne życie i wykazuje duży deficyt umiejętności manualnych, ergo – jest złym człowiekiem.

W ciągu ostatnich trzydziestu lat Finlandia przeszła transformację z kraju rolniczego, którego większość mieszkańców żyła na wsi, w światowego lidera branży nowych technologii. Mimo to Finowie pozostali narodem leśnych ludzi, rozkochanych w tak tradycyjnej rozrywce, jak pocenie się w małym, zamkniętym pomieszczeniu, nagrzewanym do temperatur, których na wolnym powietrzu nie zniósłby największy twardziel. Sauny były budowane przez Słowian i ludy fińskie (przodków m.in. dzisiejszych Finów i Estończyków) od niepamiętnych czasów. Dziś wciąż odgrywają ważną rolę społeczną i – jak wnosić z filmu Miki Hotakainena i Joonasa Berghaela – terapeutyczną.

„W stronę morza”: wartość życia i wartość śmierci

„W stronę morza” Alejandra Amenabara mógł być kolejnym filmem o eutanazji, który za pomocą moralnego szantażu zmusza widza do jednoznacznego opowiedzenia się po stronie osoby pragnącej umrzeć, łatwo bowiem za pomocą obrazów bezbrzeżnego cierpienia ludzkiego wywołać w człowieku zrozumienie dla „śmierci z litości”. Tymczasem reżyser zrealizował wybitny moralitet o śmierci i życiu, czy raczej o sensie i bezsensie śmierci i życia, w którym pokazuje argumenty wszystkich stron, choć sam dość wyraźnie opowiada się za prawem do życia, ale nie za obowiązkiem życia.

Javier Bardem jako RamónBohater filmu zagrany znakomicie przez Javiera Bardema to Ramòn, były marynarz, który jako dwudziestokilkulatek po fatalnym skoku do wody doznaje czterokończynowego paraliżu i przez następne trzydzieści lat leży przykuty do łóżka. Opiekuje się nim jego najbliższa rodzina, która darzy go głęboką miłością. Ale pomimo tego, a może właśnie dlatego, sparaliżowany mężczyzna postanawia umrzeć, zatracił bowiem sens życia. Przestał wierzyć w możliwość miłości, ma dość swojej gehenny i gehenny najbliższych. W jego życiu nie zdarzy się już nic. Sprawę przejmują prawnicy, którzy chcą wywalczyć w sądzie prawo Ramòna do eutanazji.

Amenabar zadaje swoim filmem kluczowe pytania egzystencjalne i eschatologiczne. Czy życie to tylko jedno z naszych praw, czy jednak także obowiązek? A jeśli także obowiązek, to kiedy on wygasa? Czy najbliżsi, opiekujący się ponad ćwierć wieku Ramònem, mają prawo do jego życia? A jeśli tak, to kiedy to prawo wygasa? Czy można powiedzieć, że życie człowieka sparaliżowanego nie jest godne i dopiero śmierć przywraca temu życiu godność? „Chcę należeć do śmierci z godnością” – mówi bohater filmu. Kto może decydować o życiu i o śmierci człowieka? Jeśli uznamy prawo do eutanazji, to kto ma ją wykonywać? Zawsze musi być bowiem ten drugi, który odłączy przewód, poda truciznę, w każdym razie „ułatwi” śmierć. Czy wreszcie chory beznadziejnie może najbliższym dyktować warunki co do swojego życia, inaczej mówiąc – czy ma prawo zadawać im cierpienie? I jeszcze jedno pytanie: czy szlachetna troska nie bywa czasami przejawem egoizmu? A jeśli tak, czy to źle? Może na tym polegał sens „beznadziejnego” życia Ramòna? Dzięki niemu – tak naprawdę –  wszystkie postacie występujące w tym filmie doznały cudu przemiany…

„Popioły” Wajdy: Iskra powstaje z buntu żyjących

W 1965 roku odbyła się premiera filmu „Popioły” Andrzeja Wajdy według powieści Stefana Żeromskiego o epoce napoleońskiej. Dzieło Żeromskiego to wielowątkowy, epicki fresk o dziejach Legionów i wydarzeniach wojennych z lat 1807-1812. Szturm Saragossy, bitwa pod Somosierrą, obrona klasztoru św. Jakuba w Sandomierzu czy bitwa pod Raszynem dawały Wajdzie szansę na zrealizowanie wielkich scen batalistycznych, które do dziś imponują rozmachem i profesjonalizmem (wielka w tym zasługa operatora Jerzego Lipmana). Nade wszystko jednak powieść Żeromskiego pozwoliła reżyserowi podjąć refleksję na temat sensu i bezsensu walki „za wolność waszą i naszą”. Kompozycja fabularna powieści, a Wajda pozostał jej wierny, zaczyna się od ukazania obyczaju szlacheckiego i uroków życia na dawnych dworach polskich, a potem – cytuję Kazimierza Wykę – „rozszerza się ona i zagarnia takie obszary geograficzne, ideowe i polityczne, na których począł się kształtować ówczesny naród polski. Bardziej takim miejscem była hiszpańska Saragossa i Somosierra aniżeli Tarniny czy Stokłosy”.

Popioly_1Na film Wajdy oczekiwano z wielką nadzieją, a zaraz po premierze rozpętała się dyskusja bez precedensu, fascynująca i jednocześnie groźna, okazało się bowiem, że Andrzej Wajda – w mniemaniu wielu reżimowych publicystów – zrealizował film antypatriotyczny, żeby nie powiedzieć: antypolski. Tak pisał m.in. płk Zbigniew Załuski, ideolog narodowych komunistów.

„Oni, to znaczy moczarowcy, potrzebowali wroga – mówił Andrzej Wajda dla kwartalnika „Ethos”. – Atakowano mnie bardzo ostro i demagogicznie: jak można pokazywać tragedię San Domingo, Polaków gwałcących hiszpańskie kobiety, rozstrzeliwujących powstańców w Madrycie? No, tylko problem w tym, że Żeromski to naprawdę opisał, a ja nie filmowałem Sienkiewicza, tylko Żeromskiego właśnie, i z całą świadomością przedstawiłem świat, który on przedstawił w Popiołach”.

W kontrze do Wajdy łatwiej można było budować własną tożsamość, która w pełni swoją złowieszczą twarz pokaże w Marcu ’68. Wizję Wajdy akceptowało jednak wielu wybitnych krytyków i pisarzy (Andrzej Jarecki, Wiktor Woroszylski, Rafał Marszałek). W 1965 roku można było jeszcze prowadzić otwarte polemiki, trzy lata później już nie: moczarowcy wygrali – tylko na chwilę co prawda, ale styl ich myślenia przetrwał, i raz po raz pokazuje swoje oblicze także w wolnej Polsce.

Popioły to znakomite humanistyczne dzieło, które przetrwało próbę czasu, i wciąż czeka na sumienną, pogłębioną analizę. Andrzej Jarecki tak zakończył swoją recenzję filmu Wajdy: „Dziś już wiemy, że iskra nie powstaje z popiołów. Iskra powstaje z buntu żyjących. Popioły napoleońskich wojaków są chłodne i martwe. Nie iskry z nich krzesać, ale wyciągać wnioski. Nie szukać emocji, tylko myśli”.

Szczęśliwy, kto poznał Bieńka

Niedawno gościem naszej popołudniowej audycji w Radiu dla Ciebie (101 FM, w każdą środę po godz. 19) był Paweł Wysoczański, młody polski dokumentalista. Jego film „W drodze” z 2008 roku zdobył już nagrody na kilku festiwalach, choć była to dopiero jego studencka etiuda. Film można obejrzeć w naszych kinach, wierzcie mi – warto. Jego bohaterem jest Mieczysław Bieniek, były górnik, podróżnik, obieżyświat nietuzinkowy.

w_drodze_08Po 27 latach pracy w kopalni „Wieczorek” na głowę zwaliła mu się ściana. Nie w przenośni, ale dosłownie. Odzyskał przytomność po sześciu dniach, dziewięć miesięcy dochodził do siebie, ale po tym okresie prenatalnym narodził się już inny Bieniek. Nie hajer (po śląsku: górnik), bo nie widząc na jedno oko i nie słysząc na jedno ucho, do kopalni już wrócić nie mógł. Lekarz zalecił telewizor, kapcie i piwo, co jednak Bieńkowi znudziło się po dwóch tygodniach. A mógł tak siedzieć do końca życia, z górniczą rentą i emeryturą, przykuty do wspomnień i marzeń o lepszym życiu.

Jak powiedział jeden z moich ulubionych bohaterów literackich, życie oznacza albo bezgraniczną nudę, albo sranie po nogach ze strachu. Jak się już pewnie Państwo domyślają, Mietek wybrał sranie. Bez pieniędzy, szczepień i znajomości języków, choćby i lingua franca, poleciał do Indii. Od tamtej pory zwiedził już ponad 100 krajów, przeszedł wiele niebezpiecznych ścieżek, wiele egzotycznych chorób, w tym czterokrotnie i paskudnie malarię. Był napadany, raniony i okradany. Zapał do podróży w nim jednak nie zgasł, przeciwnie – wciąż go unosi.

Na pięćdziesiąte urodziny zaplanował wyprawę szczególną, fizycznie ciężką jak poprzednie, metafizycznie lekką jak żadna przed nią. Na spotkanie z Dalajlamą. Przez Ukrainę, Kazachstan, Kirgistan, Chiny, Pakistan i Afganistan dotarł do Indii, w których dołączył do niego Paweł Wysoczański ze swoją kamerą. Jak pokonał biurokratycznie piętrzone trudności i zniechęcające rozmowy, o tym między innymi opowiada film.

„W drodze” to przede wszystkim opowieść o przemianie Bieńka. Bo szczęśliwy, kto go spotkał, poznał i rozpoznał w nim swoje marzenia o porzuceniu korporacyjnego kieratu, nudy życia biurowego, smutku podróży tym samym autobusem przez miejską dżunglę, albo samochodem w tym samym korku, tam i z powrotem. W znanej reklamie pewnego produktu bardzo poważnej instytucji finansowej wybitny aktor średniego pokolenia przekonuje: albo snujesz, albo realizujesz. W zasadzie Bieniek w ogóle pominął etap snucia, wyrywając od razu w świat. Czy było warto znosić tę poniewierkę, choroby i wyrzeczenia? Bieniek nie ma wątpliwości. Podpisałby się pewnie bez wahania pod słowami Aubreya de Grey: „Jeśli sądzicie, że się mylę, musicie to cholernie dobrze uargumentować”.

Magia dla dzieci

Film animowany to poezja kina, film animowany dla dzieci to magia… Magia opowieści, magia ruchomych obrazów, magia ożywiania świata nieożywionego.

Pampalini_i_goryl_04Film animowany uczy, bawi, wychowuje. Polscy twórcy filmów dla dzieci zawsze dbali o to, by dać dzieciom nie tylko rozrywkę, ale także wyraźny przekaz moralny i społeczny. Dziecko, które poznaje świat wokół siebie wszystkimi dostępnymi sposobami, potrzebuje wzorców zachowania, postępowania, oceny siebie i innych. Wzorców społecznych i kulturowych. Czerpie je z doświadczenia w sposób chaotyczny, ze sztuki w sposób uporządkowany.

Współczesne dzieci żyją w świecie zupełnie innym niż kiedyś ich rówieśnicy, w świecie wszechobecnych mediów, w którym kontakt dziecka z filmem rozpoczyna się zanim nauczą się czytać i pisać. Film posługuje się głównie językiem obrazów, a więc językiem, który jest dziecku najbliższy od najwcześniejszego dzieciństwa. Szczególną pozycję w kinie dla dzieci zajmuje film animowany, bowiem w samej istocie animacji, w ożywianiu, kryje się „tajemnica” tej magicznej sztuki. Dziecko jest otwarte na tę konwencję filmowej opowieści i wówczas, kiedy nie odróżnia świata realnego od fikcji, i później, kiedy buduje świat własnej wyobraźni. Sztuka filmowa wpływa na rozwój dziecka nie tylko pod względem moralnym i estetycznym, również intelektualnym, dostarcza wiedzy, rozwija umiejętności, kształtuje postawy i przekonania, rozbudza ciekawość, daje nowe, dotąd nieznane możliwości interpretacji świata. Tak więc film bawi, uczy, informuje, wychowuje, przybliża problemy, wzbogaca wyobraźnię, jest źródłem wielu przeżyć i wzruszeń, także estetycznych. Sztuka filmowa nie tylko kształtuje stosunek dzieci do ludzi i świata, kształtuje rozwój osobowości.

Film nie jest sztuką łatwą. Aby dzieci mogły ją właściwie odbierać, potrzebna jest systematyczna praca, która nauczy dzieci rozumienia języka sztuki filmowej, sztuki, która jak żadna dotąd, potrafi wzbudzić uczucia i zainteresowanie. We współczesnym świecie to właśnie film pełni wiodącą rolę w rozwoju emocjonalnym i społecznym dziecka, w przekazywaniu wiedzy, wzorów zachowań, inspiruje do nowych działań, opisuje otaczającą je rzeczywistość i inspiruje do jej interpretacji.

Repertuar dla dzieci w Kinie za Rogiem to najlepsze polskie filmy i animacje. Te sprzed pół wieku, które bawiły i wzruszały starsze pokolenia, a dziś po cyfrowym odzyskaniu dawnego blasku znowu potrafią bawić i wzruszać kolejne pokolenia dzieci, i nowe, starannie dobrane, pozbawione agresji i wulgaryzmów, bajki, baśnie i opowieści, które wzbudzają u dzieci spontaniczną i naturalną fascynację, a ich bohaterowie niezwykle sugestywnie dostarczają dzieciom modeli zachowania, solidarności, współpracy, uczą tolerancji, kształtują uczucia życzliwości, sympatii, współczucia czy oburzenia i protestu przeciwko krzywdzie dziejącej się bohaterom, dzięki czemu uwrażliwiają dziecko nie tylko na krzywdy osobiste, ale również na dyskryminację, niesprawiedliwość czy nietolerancję w ogóle.

Szeroki dostęp dzieci do sztuki filmowej o dużych walorach estetycznych i intelektualnych, sprzyja podnoszeniu kultury indywidualnej i ogólnej całego społeczeństwa. Powoduje również wyzwolenie aktywności i wzbogaca rozwój personalny, bowiem magia kina zaspokaja zarówno potrzebę obcowania ze światem fantazji, jak i dostarcza dzieciom wielu wrażeń artystycznych, wzruszeń i przeżyć nie tylko emocjonalnych.

W Kinie za Rogiem wszyscy jesteśmy dziećmi…